Strona główna | TechnikaPrzekleństwo Internetu

Przekleństwo Internetu

Oto relacja z budowy pewnego dachu. Przysłał ją nam znajomy dekarz (chciał pozostać anonimowy). Wykonane przez niego łupkowe pokrycie dachowe było nie tylko metaforycznym ukoronowaniem procesu budowy dachu i konstrukcji, ale i testem jego umiejętności. Inwestycja kosztowała go wiele pracy i nerwów.

Krótka wiadomość z bezpośrednim zapytaniem: czy podejmę się wykonania pokrycia dachu w łupku w dość egzotycznym kraju? Trochę mnie to zamurowało, ale ciekawość wzięła górę i odpowiedziałem, że jestem zainteresowany.

Otrzymałem mnóstwo rysunków i kilkanaście zdjęć obiektu w trakcie prac ciesielskich. Projekt samego budynku nie zachwycił mnie architekturą, ale sam dach był nie lada wyzwaniem.

Jak go zniechęcić…?

Długo się nad tym zastanawiałem, rozważałem wszelkie możliwe trudności, z jakimi mogę spotkać się w trakcie prac. Niemałą rolę odgrywała tu niezbyt płynna znajomość języka, w jakim miałem się porozumiewać i praktycznie zerowa znajomość określeń technicznych. Wszystko przemawiało za tym, aby odmówić inwestorowi. Na wiadomość nie odpisałem, mając po trosze nadzieję, że rozmówca znajdzie innego wykonawcę, domyśli się moich rozterek lub po prostu zapomni.


Jakież było moje zdziwienie, kiedy kilka tygodni później odwiedził mnie on w Polsce i usilnie namawiał do podjęcia się wykonania tej pracy. Dużo młodszy ode mnie człowiek ze słabą znajomością języka polskiego z niebywałą cierpliwością przekonywał mnie do podjęcia się tego, jak się później okazało, bardzo trudnego zadania. Trudno mi było zdecydowanie odmówić, ale miałem nadzieję, że postawione przeze mnie warunki zniechęcą go do mnie. Jednak on aprobował wszystko bez mrugnięcia okiem. Po kilku godzinach negocjacji nie pozostało nic innego jak podjąć się tego zadania. Ustaliliśmy wszelkie terminy i pod koniec jego wizyty znikła nawet bariera językowa. Rozstaliśmy się jak starzy znajomi. Nie pozostało mi nic innego jak dobrze przygotować się do czekającego zadania.


Przygotowania i koleżeńska pomoc
Ponieważ układany łupek miał być marki Rathscheck, odwiedziłem mego dobrego kolegę Dawida Koziołka z Opola i przez dwa dni dyskutowałem z nim nad rozwiązaniami poszczególnych elementów dachu. Dawid z niezwykłą cierpliwością starego belfra (a jest dużo młodszy ode mnie) tłumaczył mi wszystko, często zmuszając do wzięcia młotka i wykonania poszczególnych elementów na przygotowanych wcześniej makietach. Kiedy się rozstawaliśmy wiedziałem, że podjąłem się trudnego zadania, czego Dawid nie omieszkał mi powiedzieć, ale życzył mi powodzenia i obiecał pomoc za pośrednictwem Internetu. Tak uzbrojony w wiedzę i obiecaną pomoc wyruszyłem na podbój NIEZNANEGO.

U inwestora
Inwestor przywitał mnie iście po królewsku. Nie spodziewałem się, że moje warunki pobytowe spełni dokładnie według moich życzeń. Mówiąc kolokwialnie: nie było się do czego doczepić. Odpocząłem po podróży i jeszcze tego samego dnia zostałem zawieziony na budowę. Po kilku kilometrach podróży spośród gęstej zieleni drzew wyłonił się „mój” dach. Jeszcze przez chwilę miałem nadzieję, że to nie ten obiekt, nie ten dach, ale inwestor nie pozostawił mi złudzeń. To było TO.


Zdjęcia i rysunki, jakie otrzymałem nijak miały się do rzeczywistości. Przerażenie wzbudzała już wysokość i kąt pochylenia dachu. Musiałem ponownie przeanalizować sposób komunikacji po dachu i własne bezpieczeństwo. Problematyczny wydawał się też transport materiałów na dach – jak dostarczyć łupek po takiej stromiźnie, jak zbudować podesty robocze i jak je tam dostarczyć? (A jak się później okazało, najgorsze zostało na koniec, bo wyzwaniem było ich zdjęcie z dachu). Problemów było mnóstwo i mnożyły się co chwilę. Przykładowo na placu budowy do dyspozycji była znikoma ilość rusztowań, które trzeba było rozstawić dookoła domu.

Dwieście procent racji
Cieśle jeszcze nie dokończyli swojej roboty, bo w tym kraju zrobienie czegoś na piątą czy na piątek to wszystko jedno. Miało to swoją dobrą stronę, bo dzięki temu miałem możliwość zapoznania się, z jakością ich robót. Cieśle sami przyznali, że nigdy nie wykonywali dachu pod łupek (tym bardziej, że nawet nie wiedzieli, co to jest łupek). Spodziewali się pokrycia z dachówki i tak dach wykonali.

Konstrukcja pod dachówkę byłaby dobra, ale dla łupka pewne elementy były wykonane źle. Co wszedłem na dach, to zadawałem cieślom kolejne poprawki. W końcu dałem sobie spokój z wytykaniem im błędów i sam wziąłem się za przeróbki.


Wielu rzeczy naprawić się jednak nie dało, a wiele jeszcze wyszło w trakcie montażu łupka szczególnie w koszach. I wcale nie było to winą wykonawców! Jedyną przyczyną błędów ciesielskich była bardzo skomplikowana i nieprzemyślana przez architekta konstrukcja dachu. Dopiero po pewnym czasie dotarło do mnie, że tu się nie dyskutuje i nawet, jeśli ma się stuprocentową rację, to są tacy, którzy mają tej racji dwieście procent. Pan architekt wie wszystko najlepiej.

W budowlanej dżungli
Wybór łupka na pokrycie dachowe i metoda jego układania nie były racjonalne. Ten dach nadawał się ewentualnie do dzikiego krycia, a nie krycia w łuskę, ale jak już wspomniałem – tu się nie dyskutuje, tylko robi.


Wiele nieprzespanych nocy i przegadanych z Dawidem godzin dały w końcu jakiś efekt, co widać na zdjęciach. Dzisiaj już wiem, że składanie jakichkolwiek obietnic przez Internet to poważny błąd. Zdjęcia, jakie otrzymałem, były robione przez dyletanta i nie pokazywały wszystkiego. Sam kąt pochylenia dachu na zdjęciach, a w rzeczywistości to dwie różne sprawy. Należało przyjechać na budowę na tyle wcześniej, żeby z cieślami uzgodnić wszystko, co jest bardzo istotne przy montażu łupka, a tak sam musiałem wykonywać konieczne poprawki, za które nikt mi nie zapłacił.

W trakcie prac na dachu na plac budowy wchodziły inne firmy, które również korzystały z tej śladowej ilości rusztowań, jakie były dostępne na budowie. Jeśli przyjechałem wcześnie rano i zdążyłem przygotować sobie front robót, to miałem dużo szczęścia. Bo bywało i tak, że inni fachowcy po prostu zabierali mi rusztowanie do swoich celów, a ja do ich wyjazdu zostawałem na dachu bez możliwości zejścia z niego. Nauczony przykrym doświadczeniem na koniec dnia pracy ładowałem na dach wszystko to, co mogło mi być potrzebne jutro i przyjeżdżałem na tyle wcześnie rano, żeby jeszcze po rusztowaniu wejść na dach z narzędziami.

Bez koordynacji, pomyślunku, poszanowania dla cudzej pracy
Wiele prac należało wykonać jeszcze przed montażem łupka. Np. podbitkę – firma, która to wykonywała, zmuszona była do demontażu systemu rynnowego, a po jego ponownym montażu rynny przeciekały i kamienie początkowe w wielu miejscach były wyszczerbione lub nawet wyrwane. Deszczówka lała się po ścianach aż do piwnicy, woda zalewała wnętrze, gdzie już trwały prace wykończeniowe.


W trakcie prac rozszerzano mi ich zakres, nie pytając mnie o zdanie. Wykonałem obudowę komina, a kiedy miałem już rozebrać rusztowania, nagle, podczas mej nieobecności zjawiła się ekipa do montażu „czapki” na kominach. Ktoś im podał błędne wymiary komina, w których nie uwzględniono grubości obudowy niezbędnej do montażu łupka oraz grubości samego łupka. Zamiast umiejętnie przerobić czapki, po prostu wyrwali część obudowy komina, niszcząc kilkadziesiąt kamieni. Zamontowali czapki, wzięli pieniądze, a ja po powrocie na dach omal nie dostałem zawału na widok takiej skali zniszczeń. Dwa dni zajęło mi naprawianie obudowy komina.

Po tym zdarzeniu kierownik budowy, zresztą przesympatyczny człowiek, zamiast wyciągnąć wnioski korzystne dla wszystkich, w przypadku problemów na styku z dachem, mówił innym wykonawcom: rozbierz to, co ci przeszkadza, bo on, (czyli ja) i tak da sobie radę. Mówiąc inaczej, dał im przyzwolenie na niszczenie mojej pracy.


Inny „kwiatek”: Gdy dach już był pokryty, murarz zabrał się za dokończenie okładania komina klinkierem. Ile cegieł mu wypadło na łupek tego nie wiem, ale nie mogłem jednak przeboleć tego, że wpadały akurat do kosza, gdzie wymiana uszkodzonych łupków to katorga. Nie ma gdzie stanąć i bywa, że podczas wymiany jednego wskutek złego podparcia się uszkadza się kolejne łupki.

Ile zdrowia kosztował mnie stan widoczny na zdjęciach, wiem chyba tylko ja sam. Straciłem tu mnóstwo nerwów, wykonałem tytaniczną wręcz pracę, w dodatku dużo zbytecznej i niezapłaconej. Internet to może i dobra sprawa, ale ja już chyba jestem za stary na takie nowinki i powiedziałem sobie, że był to pierwszy i ostatni raz, kiedy widząc dach na ekranie komputera, zdecydowałem się na jego wykonanie.


Opracowanie: Piotr Rożnowicz

Źródło: Dachy, nr 5 (209) 2017
DODAJ KOMENTARZ
Wymagane: Zaloguj się aby dodać komentarz > Zaloguj się
TEMAT MIESIĄCA
Pod własnym dachem

Kiedy dekarzem zostaje ktoś, kto od zawsze marzył o własnym domu, można się spodziewać, że gdy uda mu się zrealizować to marzenie, jego dach będzie dopieszczony w najdrobniejszych szczegółach. Jeśli dodatkowo człowiek ten jest pasjonatem swego fachu, jest prawie pewne, że będzie to dach niezwykły. Czytaj więcej